Gdzieniegdzie wypowiedzi nie zrozumiałem, jeśli więc ktoś wykaże się lepszym słuchem i będzie w stanie braki (oznaczone wielokropkiem w nawiasie) uzupełnić, prośba o przesłanie wiadomości. Zapraszam do czytania
Blace - dzień 2, godzina 4:17
Słychać pukanie do drzwi, widać światło latarki. Słychać skrzypnięcie otwieranych drzwi, po czym odbywa się dialog dość cichym głosem.
Liwia (zaspana); Dzień dobry
Liwia (wciąż półprzytomna): No dobra... Świecisz mi latarką po oczach... Nie....
Marcin Meller: Wstawaj, za pięć minut spotykamy się na dole
Marcin Meller: Za pięć minut na dole, przed wejściem do budynku
Marcin Meller: Zawieziemy was gdzieś, ale nie chcemy, żebyście widzieli cokolwiek, także musimy podjąć pewne kroki.
Obydwoje z zawiązanymi oczami zostali zaprowadzeni do samochodu, a następnie zawiezieni w nieznane im miejsce.
Liwia: Ale to popatrz, ktoś nas wsypał. Albo przyjmuje się strategię, że agentem jest ktoś, kto pozornie zupełnie się do tej roli nie nadaje, albo agent jest doskonale wytrenowany
Marcin Meller: (...) Uważać na głowy
Marcin Meller: Jesteśmy na miejscu. Możecie zdjąć opaski i okulary. Tutaj spędzicie resztę nocy. Te wina, które widzicie na stole, są dla was. Życzę spokojnej nocy
Liwia: To za przetrwanie.
Blace - dzień 2, godzina 7.50
Na dworze już jasno. Widać budynek, w którym nocowała grupa. Za chwilę w kolejnym ujęciu pokazani są uczestnicy dyskutujący przy stole, dokładnych wypowiedzi w większości nie sposób zrozumieć, zresztą były one mało istotne. Po chwili pojawia się Marcin.
Marcin Meller: Smacznego. Dobrze spaliście?
Marcin Meller: Słuchajcie. Oczywiście nie ma Jerzego i Liwii, w swoim czasie dowiecie się, gdzie są
Remek: Będziemy ich szukać
Po chwili pojawia się ujęcie sprzed domu. Romek dostrzegł stojącego z tobołami Kubę i podszedł do niego.
Kuba: Byłem pierwszy!
Po chwili dołączają kolejni - Danuta, Iza - której toboły pomaga znieść Remek
Dołączają kolejni uczestnicy, wywiązują się krótkie wymiany zdań. Wreszcie do akcji wkracza prowadzący.
Iza: Tak
To mówiąc podał grupie małe plecaki, prezentując jeden z nich.
Rozpoczęło się przepakowywanie połączone z narzekaniami, że wiele rzeczy trzeba zostawić... - Po co ja to brałam - marudziła Izolda...
Marcin Meller: Słuchajcie, dziesięć minut.
Chateau des Ravatys - dzień 2, godzina 8:34
Wspomniany właściciel przybył na spotkanie z różą, którą wręczył Liwii. Następnie Jerzy i Liwia udali się do pewnej sali, w której zjedli śniadanie....
Jerzy: Słuchajcie, demokratycznie proponuję następujący wybór - aby to była Liwia i będę ja tym drugim. Ona zna angielski, a ja mam dobry smak, bo gotuję.
Blace
To mówiąc zniósł torby dwóch wymienionych osób i przekazał wspomniane plecaki. Rozpoczęło się przepakowanie. Agnieszka wyciągnęła chyba z torby Liwii jakieś wino.
Chateau des Ravatys
Jerzy: Wziąłem sandały, półbuty i buty do pieszych górskich wędrówek. I to mi się wydaje, że powinno wystarczyć
Trwa przepakowywanie. Agnieszka, Izolda i Małgosia zastanawiają się, co powinny zabrać do plecaka Liwii. Panowie z kolei przepakowywali Jerzego. Zastanawiali się, z których butów powinni zrezygnować i jakie rzeczy zabrać. Wreszcie pakowanie dobiegło końca. Zjawił się Marcin Meller.
Lektor: Wszystkie trzy zespoły muszą odnaleźć Liwię i Jerzego w ciągu trzech godzin. Jeśli to im się uda, zarobią 20 tysięcy złotych na wspólne konto. Te pieniądze złożą się na główną i jedyną wygraną, którą na końcu wyprawy zdobędzie tylko jeden z nich.
Tymczasem grupa przedyskutowała temat podziału i dokonała wyboru.
Marcin zaprowadził grupę na wzgórze. Nagle nadleciały trzy helikoptery. Do każdego z nich wsiadła jedna grupa (najpierw jednak wszyscy wydali tzw. okrzyk bojowy). Helikoptery odleciały na wskazane wcześniej przez prowadzącego miejsca.
Remek (w helikopterze po pewnym czasie): Agenta tu w ogóle może nie być, może być zupełnie nieistniejącą osobą, jest wyimaginowany i tyle
Remek: No będę kombinował sam, w głowie, kto może być tutaj tą wtyką.
Piotr: Co zrobić, żeby wygrać? Najbezpieczniej być agentem.
Chateau des Ravatys
W trakcie wypowiedzi lektora widać Liwię i Jerzego rozmawiających z pracownikiem (właścicielem?) winnicy. Nad nimi przelatuje helikopter, być może jeden z tych, którym przemieszczali się pozostali uczestnicy, choć ów Francuz twierdził, że wcale nie...
Komentarz autora bloga: Co prawda nie znam francuskich zwyczajów czy praw, ale jak dla mnie to brzmiało trochę niewiarygodnie
Widać lecące helikoptery, po chwili uczestnicy w nich siedzący zawzięcie dyskutują nad mapą. W ręku jednego z uczestników widać tzw. "urządzenie namierzające".
Lektor: Jako pierwszy wylądował helikopter, na pokładzie którego lecieli Danuta, Małgosia i Romek.
Montmerle
Danuta: Wiemy gdzie jesteśmy, mamy bardzo łatwe zadanie, nie jesteśmy daleko, spokojnie powinniśmy w godzinę na pieszo dojść.
Po chwili cała trójka postanowiła spróbować namierzyć sygnał. Urządzeniem rozporządzał Romek.
Romek podniósł owo urządzenie ku górze, po czym wspólnie wybrali kierunek marszu, który wg nich wskazywało urządzenie.
Lektor: Drugim helikopterem polecieli Izolda, Kuba i Remek.
Kuba: Tutaj mijamy tą drogę, lecimy prosto i jesteśmy na miejscu.
Kuba (pokazując na mapę): W ogóle nasz punkt, w którym mamy się znaleźć jest dokładnie tu
No i... poszli.
Lektor: Najpóźniej wylądował helikopter trzeciej grupy: Agnieszki, Izy, Piotra i Wojtka.
Lektor: Zaraz po wylądowaniu każda z grup przy pomocy swojego odbiornika namierzyła sygnał wysyłany przez nadajnik ukryty w miejscu, w którym przebywają Liwia i Jerzy.
Wraz z Francuzem Jerzy i Liwia podeszli do stolika, na którym stała butelka wina. Dyskutują w obcym języku, po czym Liwia po polsku tłumaczy, co ów gostek mówił.
Lektor (zagłuszając wypowiedź Liwii): Oni nie wiedzą, że w samochodzie zaparkowanym obok działa urządzenie wysyłające sygnały, do szukających ich kolegów.
Grupa z "Montmerle"
Małgosia: No to chodźmy (...)
Czas, który ukazał się na ekranie informował, że mieli jeszcze 2 godziny i 10 minut na wykonanie zadania.
Grupa z Genouilleux
Remek: Kuba, to działa w twoją stronę.Po krótkiej wymianie zmian Kuba skwitował:
Kuba: Sami nie możemy pójść. Wszyscy mamy szukać.Izolda (zabierając Kubie mapę): Dobra, daj to, ja idę.
Kuba: To co, biegniemy czy będziemy tak spacerować?Remek (o upływającym czasie): Godzina.
Cała trójka zaczęła biec.
Grupa z Villie-Morgon
Francuz: To jest ta droga (wskazując na mapie). Chcecie się tam dostać?
Francuz: Dobrze, weźmiemy tylko dwie osoby.
Tamci się zgodzili. Do samochodu wsiedli Wojtek i Iza i pojechali do miasta.
Danuta (wskazując na mapę): Tu jest takie coś, że ... (tu pada nazwa własna) się nazywa, jest pałac i jak się nazywa - Chateau... Czyli zamek i koniec. Ale no wiesz, to jest daleko.
Romek: Sygnał jest tam na kładce...
Wypowiedzi Małgosi nie zrozumiałem....
Danuta (pokazując coś na mapie Romkowi): Choć. Spokojnie, słoneczko, patrz. Doszliśmy tu, patrzymy na ten most. Ty sygnał widzisz gdzieś tu. Więc po co robić coś takiego (zatacza łuk na mapie)...
Danuta: Właśnie ci to tłumaczę Romeczku
Romek (wypowiedź): Tak, pamiętam jak Danusia to wymyśliła. Aż się zdziwiłem, że znalazła ten przewodniczek taki malutki, w którym, powiedzmy, była ta miejscowość, wskazała to miejsce...
Grupa z Genouilleux
Po czym zaczęła dyskusję z kierowcą samochodu, którym była kobieta. W tym czasie pojawił się zegar informujący, że zostało jeszcze półtorej godziny. Kierowca wskazała im, jak dotrzeć do miejsca, do którego zmierzali, poszli dalej pieszo (bo okazało się, że kierowca jechała w drugą stronę)
Kuba (wypowiedź): Izolda, która była razem ze mną w grupie, dużo, od samego początku opóźniała, wszystko było na nie. Proponowaliśmy różne rzeczy, ona od samego początku była na nie. Wszystko było na nie. Prosiłem ją, że może zabiorę jej plecak, to będzie jej łatwiej - nie chciała. Może pobiegniemy - nie chciała biegnąć. Zawsze opóźniała, zawsze coś jej nie pasowało.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz pojawi się na stronie po zatwierdzeniu przez moderatora