Czyżby pierwszą edycję oglądała pani tylko pobieżnie, kilka odcinków, bez dokładnego śledzenia programu?
Tak, bo ja w ogóle mało telewizji oglądam. Zobaczyłam może dwa lub trzy odcinki.
Wspomniałam wówczas, że trochę śpiewam, więc musiałam im coś zaśpiewać – była to piosenka „Summertime”. Pamiętam też dialog z drugiego castingu. Miałam wówczas założone sporych rozmiarów kolczyki. Wyglądało to mniej więcej tak:
– Czy musi pani nosić te kolczyki?
– Tak, bo ja lubię takie duże kolczyki.
– No ale nie wiadomo, czy nie będą pani przeszkadzały w grze…
– O, już się zakwalifikowałam?
– Nie, nie, nie, absolutnie. Ale wie pani, gdyby…
– No to oczywiście wtedy zaraz zmienię na malutkie.
Hiszpania była fantastyczna, cudowna. Widzieliśmy różne czarowne miejsca, gdzie pewnie będąc nawet na wakacjach w tym kraju nigdy bym nie dotarła. Jednym ze sponsorów był wówczas Reebok. Pojechaliśmy na miejsce z małymi torbami z najpotrzebniejszymi rzeczami, a na miejscu wszystko dostaliśmy – od koszulek, butów po ręczniki i kurtki. Do dzisiaj posiadam ciuchy z tego wyjazdu.
Innym sponsorem było Multikino. Córka któregoś razu mówi: „Matka ja nie mogę chodzić do kina, bo zanim film się zacznie, ty wykonujesz jakieś zadanie, wszyscy się śmieją albo klaszczą i mówią, że mam supermatkę”. Ja jej na to: „Ty się ciesz, że masz taką matkę, którą tyle osób podziwia i chciałoby poznać.”
Patrząc z góry człowiek sobie myśli: co to taki byczek. Potem jednak wyjść na arenę i patrzeć jak ten byk leci prosto na ciebie to ja pinkolę, Jakoś udało mi się pomachać tą płachtą, a potem szybko uciekłam. Każdy był mądry, jak stał z boku… Moim zdaniem najlepiej poradziła sobie Jola – jak pociągnęła tego byka za ogon, jak on przysiadł… No fantastyczna kobita.
Tak! Niby my takie słabe kobietki, a tutaj się okazało, że wcale takie słabe nie jesteśmy… Zresztą później po programie, gdy pojawiały się jakieś trudności, często sobie powtarzałam: „kurde, brałam udział w programie, walczyłam z bykiem, zjeżdżałam na linach, to nie poradzę sobie z taką drobnostką?”. Pomagało.
Bardzo łatwo było popełnić błąd, agent w zasadzie dużo do roboty nie miał. Kwestia zapamiętania cyfr, kto kiedy się urodził, itp., a potem ich przetworzenie – z góry można było założyć, że polegniemy. Zresztą emocje, adrenalina, stres – to wszystko powoduje, że zapomina się o najprostszych rzeczach.
Myślę, że pół na pół. Podejrzewam, że częściowo każdy próbował urządzenie oszukać po tym, gdy ktoś odkrył, że taka możliwość istnieje.
Nie, jestem bardzo impulsywna. Ale też mam taką zabawną przypadłość, że w momencie, gdy wszyscy tracą głowy, ja nagle robię się spokojna i mam trzeźwy osąd tego, co się dzieje. Może to był jeden z powodów, dla których sporo osób wskazywało mnie jako agenta?
Pierwszy raz w ogóle dało mi do myślenia zdarzenie, kiedy to gdzieś wychodziłam i spotkałam Mirka w miejscu, w którym nie powinno go być… Natomiast fakt, że gdzieś pojawił się w moich typowaniach wynikał między innymi z tego, że mój wcześniejszy typ pożegnał się z programem.
Po prostu tak mi wychodziło po porównaniu różnych danych. Miałam też o tyle dobrą sytuację, że zdarzyło się, iż spaliśmy w jednym pokoju, siłą rzeczy rozmawialiśmy więc o różnych sprawach – także o jego studiach, co lubi robić, itp. Mirek jako agent świetnie się krył, ale na podstawie pytań, które padały na teście wywnioskowałam, że to on może być tytułową postacią. Odpadały osoby, które typowałam, odpadali ci, którzy np. mieli jakieś cechy wspólne, a on ciągle zostawał. Taki był wówczas mój sposób myślenia… Zresztą byłam bardzo zaskoczona, że tak długo utrzymywałam się w programie. Podchodziłam na luzie do udziału w programie, bez żadnego napięcia.. Cieszyłam się z samego udziału, choćby dlatego, że za darmo były sporty ekstremalne, które kochałam, a które wówczas sporo kosztowały.
Niestety nie pamiętam.
Logiczne, że nikt nie chce współpracować z agentem i ja też, mimo że zgodziłam się na tę pomoc, nie zamierzałam tego robić. Ale pomyślałam, że jeśli zgodzę się na współpracę, to w myśl zasady „przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej” uda mi się coś może wywęszyć, czegoś się dodatkowo dowiedzieć… A poza tym gdy siedziałam i zastanawiałam się, co odpowiedzieć, chyba ktoś z realizatorów półgłosem powiedział „tak, tak”… Więc odpowiedziałam, że zgadzam się.
Na początku tak, ale skoro to był dla mnie jeden ze sposobów na tropienie agenta… To był element gry.
Z jednej strony to było miłe, ale też zarazem trudne. Rozmawiałam z wszystkimi, a przede wszystkim dużo notowałam, stwierdzili więc, że skoro tyle piszę, to faktycznie dużo mogę wiedzieć o pozostałych, być może nawet najwięcej z wszystkich. I faktycznie, w zadaniu, w którym miałam dobrać bliskich, tylko w przypadku Bartka popełniłam błąd, za co miał do mnie żal. Nie zrobiłam jednak tego specjalnie. Nawet chętnie oddałabym swoją przyjaciółkę, za to, by mógł się on z żoną spotkać, ale niestety, reguły gry były takie, jakie były.
Kombinowałam, jak podzielić, by można było jak najwięcej pieniędzy wygrać, ale też wybierając do tej najbardziej kontrowersyjnej grupy kierowałam się tym, że ktoś był bardzo wesoły, robił sobie jaja, itd. Dlatego też w grupie głupich znalazł się na przykład nasz lekarz.
Tak. Widziałam po minach, że trójka była na mnie obrażona. Tłumaczyłam, dlaczego wybrałam tak, a nie inaczej. Miałam nadzieję, że zrozumieją, że wcale ich nie uważam za głupich, że inne kwestie zaważyły na podziale… Swoją drogą ciekawi mnie, kogo do tej kontrowersyjnej grupy wybraliby inni? Tak czy inaczej wybrano bardzo złą nazwę.
Oczywiście, że wzięłabym dodatkowego faceta, bo wiadomo, że panowie lepiej znają się na samochodach – oczywiście nie obrażając żadnej z pań, które były przecież świetnymi kierowcami. Wybierając jednak nie było wiadomo, czego można się spodziewać.
Chyba nie, bo z tego co pamiętam były ciężkie rzeczy do przenoszenia, byłoby więc bardzo trudno.
Byłam wówczas związana niejako zawodowo z tańcem – pracowałam w Śląskim Teatrze Tańca, przygotowywałam kostiumy, więc nie żałuję, a wręcz cieszę się, że tak się stało. Co prawda wyszedł nam bardziej chodzony niż flamenco, ale i tak było cudownie. Do dziś pamiętam kroki, których wówczas się uczyliśmy…
Za kilka dni, jeszcze w tym tygodniu, opublikuję drugą część wywiadu z Hanką. Po publikacji drugiej części rozmowy będzie można przesyłać pytania do finalistki drugiej edycji "Agenta". Jeśli pytań będzie sporo i zostaną przesłane w krótkim czasie, prawdopodobnie uda się jeszcze przed świętami pozyskać odpowiedzi. W przypadku zbyt małej liczby pytań (liczba musi być dwucyfrowa) pytania nie będą zadawane.
Na najbliższe dni, dla ułatwienia, wyłączona została weryfikacja obrazkowa. Jeśli ktoś miał problemy z pisaniem komentarzy właśnie przez tę weryfikację - jest okazja, aby dać znać o tym w komentarzu...Ważna informacja. Zdjęcia zostały udostępnione na potrzeby ilustracji wywiadu na blogu bez możliwości ich przetwarzania, pobierania i korzystania z nich w jakimkolwiek innym celu. Autorką zdjęcia nr 1 - przy leadzie - jest Joanna Drzymała. Autorem czterech ostatnich zdjęć jest Piotr Bernaś.



Widzę że dużo się skupiłeś na zadaniu z dobieraniem trójkę w głupich, mądrych i praktycznych. Czekam na część drugą, gdzie liczę na odpowiedź na pewne pytanie, a jak nie, to sam je napiszę ;)
OdpowiedzUsuńPodziękowania dla pani Hani za poświęcony czas. I dla autora również.
Tak jak się spodziewałam:) Dziękuję ślicznie za pierwszą część wywiadu i z niecierpliwością czekam na następną...
OdpowiedzUsuńPo castingach widać, że bardzo postawili na różnorodność - przyjęli do programu zarówno Asię, która napisała najpiękniejszy w swoim życiu list (jak sama mówiła) i dołączyła 12 zdjęć z podpisami, jak i Hankę, która przysłała dwa zdania, nie jakoś wielce oryginalne zresztą, bez obrazy. Obie te wersje "ekspresji" były w "Agencie" równie ważne
OdpowiedzUsuńJezu jak ja się cieszę Na wywiad z panią Hanią :D Jedna z moich ulubionych uczestników z tej edycji :D Już układam pytania które mogę zadać :D
OdpowiedzUsuńWiedziałem, że to będzie Hanka. Czekam na więcej!
OdpowiedzUsuń