Tym razem proponuję zapoznanie się z historią... współczesną. Prezentowany dziś tekst ukazał się niedawno, bo niespełna dwa lata temu, i dotyczy uczestnika pierwszej edycji "Agenta".Chodzi o Jakuba Andułę, który był bohaterem także drugiej części historycznego cyklu. Ciekawostką jest fakt, że autorem tekstu, który ukazał się w Newsweeku (nr 52/2015-1/2016), jest Marcin Meller. Ostrzegam - tekst jest długi.
Kiedyś glina, telewizyjny celebryta, dziś wychowawca rogatych chłopaków po przejściach. Cieszy się z każdego, który wychodzi na prostą.
Rozmawiał długo z żoną. W końcu stwierdził, że skoro oczekuje, że rogate chłopaki po przejściach mają być w porządku wobec niego, to nie może zaczynać od ściemy, musi być w porządku wobec nich. Pierwszą reakcją była konsternacja. Zaczepne stwierdzenia, że policjanci to buraki, bo biją. Nie obrażał się, rozmawiał, odpowiadał.
Kuba Anduła wziął chłopaka na bok i zapytał jeszcze raz, w cztery oczy, co by zrobił. Młody popatrzył w ziemię i rzucił: – No, poszedłbym na policję.
– W porządku – odparł Kuba. Inny, gdy dochodziło do spięcia, nazywał go dzielnicowym. To była najgorsza obelga w jego wokabularzu. – Mnie to dyndało – mówi Kuba. – W końcu sam zrozumiał. Przeprosił.
Tych, których szanuje, wita, stukając się pięścią i mówiąc „siła”. Jak ktoś podpadnie – małym paluszkiem. I chłopakom zaczęło zależeć na pięści. A któregoś pięknego dnia popłakali się, oglądając na DVD francuskie przygody z dawnych lat swego wychowawcy.
Kuba był sympatyczny, wyluzowany, dowcipny. No i charakterny. Kobietom się podobał, facetom imponował. Jeszcze we Francji, gdy kręciliśmy program, ludzie z naszej ekipy śmiali się, że można by wypuścić plakaty z podobizną Kuby i hasłem: „Pokochaj swego dzielnicowego”. Wtedy nocą w Krakowie co i rusz zaczepiali nas rozochoceni studenci. „Człowieku! Byłeś tak zajebisty, że nie możesz być gliną!” – powtarzało się co chwila.
Każda z prób była warta od 5 do 35 tys. zł. Pieniądze trafiały do puli, którą w ostatnim odcinku zabierze zwycięzca. Maksymalnie mogło to być ponad 200 tys. zł. Jednym z zawodników był podstawiony przez stację tytułowy agent. Miał przeszkadzać grupie w wykonywaniu zadań, pozbawiać ich części wygranych. Pod koniec każdego odcinka zawodnicy musieli odpowiedzieć na 15-20 pytań o agenta. Przede wszystkim – kto nim jest? Co powiedział przy śniadaniu? Czy mówi po angielsku? Czy próbował dzisiaj przeszkadzać? W jaki sposób? Ten z zawodników, który udzielił najwięcej fałszywych odpowiedzi i okazał się najgorszym lustratorem – odpadał z gry.
Zapadła cisza. Ewa Leja, reżyser programu – wtedy debiutująca w telewizji, dzisiaj TVN-owski supermacher od najważniejszych produkcji – zrobiła wielkie oczy. Mnie również zachowanie Kuby nijak nie pasowało do świetnego gościa, którego dopiero co poznałem. Atmosfera siadła, przełknęliśmy co było do przełknięcia i rozeszliśmy się. Jakiś czas potem wziąłem go na bok i spytałem, co strzeliło mu do łba. Popatrzył na mnie z lekka kpiąco:
Więc od tej chwili Kuba Anduła wiedział, kto był agentem. Kiedy opowiedziałem tę historię jego podopiecznym w MOW-ie, widać było, że spodobał im się spryt wychowawcy. A dlaczego nie wygrał? Wyłożył się na drobnych szczegółach w czasie testów pod koniec każdego odcinka. A może była inna przyczyna?
Niestety, koncertowo się wyłożył. Jego kobieta miała łzy w oczach, on też – jak na twardziela – wyglądał nieszczególnie. Ale scenariusz przewidywał koło ratunkowe. Kiedy już wiadomo było, że Kuba oblał test i nie spotka się z Magdą, reszta grupy dostała wybór: mogą sprawić, że młodzi dostaną swoją noc, jeśli grupa straci całą wygraną dnia. Oddali pieniądze, a Kuba z Magdą pognali ku sobie, powodując, że najpierw pół ekipy, a potem parę milionów przed telewizorami miało łzy w oczach.
Na pokazach „Agenta” się nie skończyło. W czasie szkolenia dla wychowawców MOW-ów usłyszał o filmoterapii. Postanowił spróbować.
Kiedy przyjechałem, Kuba wybrał „Naszą klasę” – mocny estoński film o rówieśniczej przemocy szkolnej. I skoro oglądaliśmy go w MOW-ie, to można bez przesadnego ryzyka założyć, że większe prawdopodobieństwo było, iż wśród widzów znajdują się potencjalni sprawcy, a nie ofiary. Siedzieliśmy w małej salce gimnastycznej, chłopaki (w MOW-ach przebywają do końca gimnazjum albo do 18. urodzin) powyciągały się na materacach, zwisały na krzesłach. Pełne skupienie. A po filmie dojrzała rozmowa o przemocy, odwadze bądź tchórzostwie samobójstwa, odpowiedzialności, konsekwencjach własnych wyborów. Pytam o najlepsze filmy, jakie im Kuba puścił. Wymieniają „Whiplash”, „127 godzin”, „Requiem dla snu”, „Między niebem a piekłem” i „Interstellar”.
Kuba z Magdą są od szkoły średniej. „23 lata razem. Zajebiście, co?” – śmieje się, gdy siedzimy w Bolesławcu i jemy na naczyniach z Bolesławca, oczywiście, w końcu jego mama była głównym technologiem w Ceramice, a dzisiaj pracuje tam Magda. Kuba chodził do technikum mechanicznego, zobaczył ją na siłowni. Potem się okazało, że ona ćwiczyła, bo on chodził, a on, bo ona. Pobrali się cztery lata po „Agencie”, mają 4-letniego synka. Tata Magdy był policjantem, naczelnikiem wydziału dochodzeniowego w Bolesławcu, ale Kuba na początku nie myślał o policji. Marzył o jednostkach specjalnych, ale nie dostał się do wrocławskiej Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych. WKU zaproponowała szkołę chorążych.
Skończył szkołę policyjną we Wrocławiu i poszedł na krawężnika w Bolesławcu. Od początku chciał być kryminalnym (filmy, filmy!), ale wcześniej odsłużył w dochodzeniowo-śledczym, żeby poznać proces, prawo karne. Wreszcie trafił do policji kryminalnej, gdzie pracował aż do czasów „Agenta”.
Do „Agenta” zgłosił się, nie informując przełożonych. Nie powiedział nawet, że jedzie, kiedy już się zakwalifikował. Poprosił za to o zgodę na wyjazd do pracy w Niemczech na miesiąc. Przyznał się po powrocie, szef się wściekł. Tyle że wszystkie komendy i cały Bolesławiec kibicowali Kubie. Został przeniesiony do prewencji. Potem, gdy nie dostał zgody od komendanta powiatowego na pracę przy telewizyjnych „Superglinach”, złożył raport o zwolnienie. Zadzwonili do niego z komendy wojewódzkiej we Wrocławiu, czy naprawdę chce odejść z policji. Powiedział, że nie, ale nie ma wyboru. Nastąpiła interwencja i krakowskim targiem mógł poprowadzić „Supergliny”, a w Bolesławcu zająć się przestępczością nieletnich.
A teraz cieszy się swoją robotą i frustruje systemem. Uważa, że większość jego podopiecznych wcale nie powinna trafić do MOW-u. Ale tak jest wygodniej szkołom, łatwo pozbyć się krnąbrnego ucznia. I w ten sposób ktoś, kto wymaga może tylko opieki psychologicznej, trafia pod jeden dach z rówieśnikami, którzy mają na sumieniu poważniejsze grzechy.
Mówi, że można z nimi rozmawiać na poważnie. – Niektórzy, kiedy trafiają do nas, po prostu rzucają się na jedzenie. Nie są przyzwyczajeni do trzech pełnowartościowych posiłków dziennie. Niektórzy bronią się przed myciem. Nad jednym pół roku pracowałem – wspomina. – W końcu tak polubił, że jak któregoś wieczora się spóźnił i powiedziałem, że nie ma mycia, to wyjechał z awanturą. Usłyszał, że w takim razie może się umyć w małej umywalce. Zawziął się i umył. To są twardziele w grupie, ale kiedy jesteśmy sam na sam, to widzę przed sobą dzieci. Przecież oni mają po kilkanaście lat. I jeden czy drugi zapyta, co zrobić z dziewczyną, bo mu nie idzie, albo zwierzy się z kłopotów z rodzicami.
Problem w tym, że kiedy wychodzą z MOW-u, to nie ma dla nich nic – żadnej wyciągniętej ręki. W większości wracają więc do swoich – zazwyczaj patologicznych – środowisk i proces resocjalizacji diabli biorą. Kuba na palcach jednej ręki może policzyć takich, którzy się zawzięli i wyszli na prostą. Ale trudno oczekiwać od osiemnastolatków mądrości życiowej i odporności psychicznej ponad siły niejednego dorosłego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz pojawi się na stronie po zatwierdzeniu przez moderatora