Link do wywiadu wspominającego "Agenta" przysłał Piotr. Poniżej wybrane wypowiedzi Marcina Mellera (dostosowane nieco do wersji pisanej)
"Kiedy dostałem propozycję prowadzenia "Agenta", otrzymałem z TVN dziesięć odcinków wersji szwedzkiej. Format wymyślili Belgowie, ale Szwedzi go bardzo mocno zmienili, uatrakcyjniając i polska wersja była wzorowana na wersji szwedzkiej. Miałem jedną noc na zapoznanie się, obejrzałem je jednym ciągiem - nie mogłem się oderwać, bawiłem się jak dziecko, jakbym oglądał thriller sensacyjny. (...) Załamałem się, oglądając, bo prowadzący szwedzki to był przystojniak a'la bondowski, a ja - z czym do gościa, z moją wadą wymowy i kontrowersyjnym wyglądem..."
"Montażystom do końca życia powinienem być wdzięczny, ponieważ z moich nieudacznych popisów wycięli wszystko co było złe, zostawili co było dobre... Jak leciał pierwszy odcinek "Agenta" w telewizji, moi przyjaciele chcieli go oglądać razem ze mną. A ja się wstydziłem, wiedziałem, ile razy dałem d...y na planie i byłem tak przerażony, że to będzie żenada i wszyscy będą się ze mnie śmiać, że zamknąłem się sam w domu. Oglądając pierwszy odcinek nie wierzyłem własnym oczom. Wyglądało, że daję radę.
"(...) Przypadek tworzy pewne sytuacje. Byłem na początku straszliwie zdenerwowany, zwłaszcza gdy miałem wygłaszać kwestię przy kolacji. Robiłem to za szybko. Wtedy Szwedzi, którzy byli w charakterze konsultantów na planie, powiedzieli: Słuchaj, to jest telewizja, tu wszystko można pociąć, mów jak najwolniej poszczególne słowa... Ja na to: To będzie sztucznie wyglądać. A oni: To nie ma znaczenia, to można bardzo łatwo zgrać... Coś, co miało mnie pomóc, żeby się po prostu nie denerwować w trakcie mówienia, zrobiło się budowaniem jakiejś horror-atmosfery. Mówiłem bardzo powoli, robiąc przerwy po każdym niemal słowie, czy dwóch słowach lub zdaniu. Zawodnicy byli jeszcze bardziej zdenerwowani, a operatorzy mieli czas, żeby zrobić sobie zbliżenie na każdego uczestnika... (...) Zrobił się z tego znak firmowy."
"Kiedy tworzył się TVN, zadzwonił do mnie Mariusz Walter, współtwórca stacji, zapraszając na rozmowę. (...) Zapytał, czy nie myślałem, by coś w telewizji porobić. (...) Zaprosili mnie jako gościa do programu "Ciężko ranne pantofle". Wpadłem, mieli potem zadzwonić - nie zadzwonili. Minęły trzy lata. Byłem u taty w Paryżu. Zadzwonił mój kolega z liceum, który pracował w TVN, z pytaniem, czy mógłbym jutro przyjść do prezesa Waltera. Powiedziałem, że nie mógłbym, że za jakieś 2-3 dni. (...) Przyjechałem do Warszawy, poszedłem do TVN, prowadzą mnie do gabinetu prezesa Waltera, ja nie bardzo wiem o co chodzi, coś słyszałem, że chodzi o jakiś program, wchodzę - a prezes uśmiechnięty mnie wita: panie Marcinie, bardzo się cieszę, że się pan zgodził i że będziemy razem pracować. (...) Okazało się, że chodzi o "Agenta". (...) Od dyrektora Miszczaka otrzymałem te kasety ze szwedzką edycją i czas do namysłu do jutra."
"Oni (uczestnicy) spędzali ze sobą cały czas, 24 godziny na dobę. Ja byłem rozdzielany, chodziło o to, żebym się z nimi za bardzo nie zbratał. (...) Ostatnio na jakimś służbowym spotkaniu ktoś mi mówi: - pozdrowienia od naszej pani prezes. A ja na to: Od kogo? - Od Liwii."
"Nie chciałem wiedzieć, kto jest agentem (w pierwszej edycji). Bałem się, że np. w sytuacji bez kamer zacznę się za długo przyglądać agentowi. To byli bardzo inteligentni ludzie, dobrzy obserwatorzy, bałem się, że mnie rozegrają. (...) Zorientowałem się gdzieś w połowie. Agnieszka złapała jakąś kontuzję i mówiła, że nie może czegoś robić. Któregoś razu wychodziłem z jakiegoś ogrodu i widziałem, że Agnieszce nic nie dolega. (...) Poszedłem z tym od razu do Ewy Lei. Zapytałem: - Agnieszka jest Agentem? A ona: - Nie chciałeś wiedzieć? To się dowiesz na końcu. W drugiej i trzeciej edycji umówiłem się z producentką, że nie powie mi, kto jest agentem, a jak będę chciał wiedzieć, to ją poproszę... I tak było - za pierwszym i drugim razem się zdziwiłem... To było po drugim czy trzecim odcinku, gdy już poznałem tych ludzi i wiedziałem, że się nie wysypię."
"Bartek stwierdził już na lotnisku, na własny użytek, że Mirek to agent i celnie trafił. W związku z tym gdy były np. ustawienia kto z kim śpi w pokoju, to zawsze starał się spać z Mirkiem, żeby móc wyciągać jak najwięcej informacji o nim, ale też i sugerować mu - np. żeby do zadania założył takie, a nie inne ubranie, by potem wiedzieć np. w jakim kolorze agent miał spodnie."
"W trzeciej edycji w Portugalii kręciliśmy zdjęcia w jakimś kamieniołomie. Zabrakło wówczas w całej okolicy prądu i trzeba było znaleźć jakiś generator, paliwo - żeby odpalić wszystkie światła. (...) Czekaliśmy wiele godzin i nie kryję, że ja lub ktoś z zawodników miał nikomu nie szkodzącą brandy, którą postanowiliśmy osuszyć. (....) O czwartej rano, gdy ten prąd odpalili, Ewa się zorientowała, że prowadzący i zawodnicy są lekko pod wpływem. Dostała ataku szału, a potem tak to nagrywała, żebyśmy się jak najmniej odzywali, żeby nie było widać... Podobna historia, ale już bez niczyjej winy - ostatnią kolację w edycji portugalskiej skończyliśmy kręcić nad ranem. Wszyscy byli wykończeni. Ekipa stwierdziła, że nie ma co iść spać - robimy imprezę w garażu w hotelu. W jej trakcie przyszła Ewa i mówi: - Słuchaj, a może nagrajmy teraz te zapowiedzi do wszystkich odcinków (te, które są na początku odcinka - przyp. Ł.). Ja na to: Nie spałem od 24 godzin, zaczęliśmy się bawić, jestem w stanie lewitacji... A ona: - Ale jak nagramy to teraz, to nie będziesz musiał robić tego jutro, będziemy mieć spokój. Ja na to: - Ale ty widzisz, jak ja wyglądam? (...) Pamiętam jak dzisiaj, że było to takie wrażenie, jakbym sobie w kosmosie lewitował, wychodząc z siebie i patrząc na siebie... Nagraliśmy wszystko, obejrzeliśmy, stwierdziliśmy komisyjnie, że jest ok."
Całą rozmowę przeprowadzoną przez Kamila Bałuka w Radiu Newonce możecie posłuchać tutaj.

Zdjęcia z kamieniołomu, gdzie zabrakło prądu i gdzie zawodnicy wraz z prowadzącym osuszyli brandy, to najprawdopodobniej szósta kolacja, podczas której odpadła Teresa.
OdpowiedzUsuń