Tekst nosił tytuł "Zasady gry", a jego autorką była Teresa Zuń. Niestety nie dysponuję datą ukazania się artykułu, było to jednak zapewne pomiędzy listopadem 2001 a kwietniem 2002. Prawdopodobnym miejscem, w którym artykuł był opublikowany jest "Przyjaciółka".
Ewa Leja kierowała ekipą trzydziestu osób, w większości mężczyzn. Musiała zapanować nie tylko nad nimi, ale też nad przeciwnościami losu i żywiołami... Po prostu agentka.
- Teraz było inaczej, ponieważ wszyscy doskonale rozumieli zasady gry. I oczywiście też się zaprzyjaźnili, było im przykro, gdy ktoś został wyeliminowany, ale od początku do końca wiedzieli, że na tym polega "Agent". Oni wiedzieli, w co grają - widzieli pierwszego "Agenta" i "Big Brothera". W ubiegłym roku zrozumienie tego zajęło uczestnikom dużo czasu.
- "Agent" to zupełnie inny program niż "Big Brother", "Ekspedycja", czy inne reality show, które były w Polsce. W "Agencie" nie są potrzebni ludzie, którzy będą się kłócić czy sprzedawać przed kamerą, dlatego dobieraliśmy takich kandydatów, co do których byłam pewna, że nie będą się przed kamerą zgrywać. Bo jak ktoś jest lekarzem czy adwokatem, to nie będzie z siebie robił wariata tylko i wyłącznie dla telewizji. Wszyscy ci ludzie byli też bardzo normalni.
- Mieliśmy masę nieprzewidywalnych problemów, Hiszpanie to taki naród, który inaczej pracuje niż my. Pogoda tez nam dała w kość. W pewnym momencie zaczęłam się już śmiać, że jeśli może się coś przydarzyć złego, to się pewnie przydarzy, łącznie z tym, że zawodnicy, którzy 16 października mieli rozpocząć zdjęcia, utknęli w Brukseli i stamtąd zadzwonili z pytaniem, co robić, bo właśnie splajtowała Sabena i nie mają samolotu. Musieliśmy na gwałt znaleźć dla nich samolot innej linii.
- Bardzo często musieliśmy wymyślać coś na bieżąco. Jednego dnia mieliśmy konkurencję z paralotniami, a okazało się, że wiatr jest tak potężny, że nie możemy ryzykować, bo to są ludzie, którzy pierwszy raz w życiu lecą na paralotniach. Czekaliśmy cały dzień na górze na marne. Następnego dnia przyjechaliśmy o czwartej rano, przyjechaliśmy na górę, wiatr był dalej do niczego i trzeba było się przemieścić 300 km w inne miejsce i tam dopiero mogliśmy zrobić zdjęcia. Była konkurencja, która miała się odbyć w pięknym słońcu, bo to w końcu Hiszpania, okazało się, że leje jak z cebra i trzeba wymyślić coś innego. Potem uczestnicy mieli za zadanie wydostać się z wyspy przy pomocy sobie znanych sposobów, okazało się, że są tak potworne fale, że nawet my nie możemy z kamerami dopłynąć, bo rozbilibyśmy się o brzeg. Musieliśmy znaleźć inną wyspę. I tak właściwie dzień w dzień.
- Jakie wakacje? Teraz montujemy i tak naprawdę dopiero po zakończeniu "Big Brothera" możemy to robić na całego w naszym studiu montażowym w Sękocinie. Zajmie nam to jakieś 2,5 miesiąca, zrobimy sobie więc takiego naszego "Big Brothera".
- Nie mam zielonego pojęcia. Wszystko zależy od tego, jak się będzie podobał "Agent".
- Bardzo. Ale kupiliśmy wtedy cztery króliki z fermy, w której następnego dnia i tak miały być zabite.
- Mnie to bardzo zabolało, dlatego że, oczywiście, to była straszna scena, tylko że...
- Właśnie dlatego, że była taka kontrowersyjna, to nie. Zresztą, w ekipie pokłóciliśmy się o to.
- Nie byłoby takich emocji i chyba dlatego zaryzykowaliśmy. Trzy pozostałe króliki zostały też zabite i zjedzone przez pomagających nam w realizacji programu Francuzów. To były króliki z fermy, które i tak zostałyby zabite.
- Ja dopiero teraz dowiedziałam się, że w Hiszpanii po każdej corridzie byk bez względu na to, czy corrida skończy się dla niego dobrze czy źle, to i tak zostaje zabity. Powiedziano nam, że to dlatego, że on uczy się atakować ludzi i następnym razem zabiłby człowieka natychmiast, gdyby go zobaczył. Oni hodują byki dla tego jednego występu, a potem zabijają. Taka jest okrutna prawda. I dlatego tego byka, który wystąpił u nas, musieliśmy kupić. Nasz byczek przeżył, ma się świetnie, niczego złego mu nie zrobiliśmy. Teraz jest nasz, należy do prezesa Waltera.

Bardzo ciekawa lektura.
OdpowiedzUsuńPodziękował.