Jeśli ktoś nigdy się z nimi nie zetknął, warto śledzić kolejne historyczne wpisy - możliwe, że znajdzie się w nich kilka mniej znanych ciekawostek. Dzisiejsza część poświęcona została prologowi (i wydarzeń sprzed pierwszych zadań). W oryginale treść pojawiła się na stronie agent.onet.pl, ja publikuję ten wpis dzięki showmag.info.
Miesiące przygotowań, tygodnie czytania kilkudziesięciu tysięcy listów oraz castingów i już są – 12 uczestników kolejnej edycji Agenta. W samo południe 6 lipca wszyscy zjawiają się w hali odlotów lotniska Okęcie w Warszawie. Tu zobaczyli się po raz pierwszy i dopiero teraz wiedzą, że czeka ich wyprawa do Portugalii. Po dwóch godzinach wszyscy czują się już doskonale w swoim towarzystwie. Bardziej przypomina to wycieczkę grupki przyjaciół niż cokolwiek innego. O Agencie nie ma ani słowa. W Zurychu grupa oczekuje 6 godzin na samolot.
W samolocie do Lizbony wszyscy zmęczeni zalegli na fotelach. Niezbyt smaczny obiad jest rekompensowany w jakimś stopniu przez pyszny szwajcarski ser i ciepłe bułeczki. Do tego wyśmienicie zaopatrzony barek i jakoś trwamy. Kilkanaście minut przed lądowaniem samolot wpada w turbulencje. Rzuca nas na wszystkie strony, w głowach czarne wizje katastrofy. W końcu lądujemy, bijemy brawo i rejestrujemy zdziwione spojrzenia współpasażerów. Przy taśmie z bagażami zostaliśmy zaczepieni przez mieszkającego w Portugalii Ukraińca, który rozpoznawszy logo TVN na naszych torbach i plecakach, łamaną angielszczyzną tłumaczył, że nie tylko zna tę telewizję i jest ona jego ulubioną stacją, ale w dodatku oglądał poprzednie edycje Agenta i bardzo się cieszy, iż uczestników trzeciej może zobaczyć na żywo. Nawet jeśli łgał, wszystkim było bardzo miło – tak na dobry początek. Obładowani bagażami ruszamy w stronę drzwi, gdzie już czekają kamery i nowy, inny świat. Świat bajki, przygód, zabawy i naprawdę ciężkiej pracy. Tajemniczy Portugalczyk, który wręcza Becie kopertę z kluczykami do auta całuje ją dwa razy. To taki portugalski zwyczaj, nie mniej nie więcej, a dwa razy trzeba pocałować.
Grubo po północy udajemy się w kierunku hotelu. Lizbona nocą zapiera dech w piersiach. Na każdym rondzie ogromny oświetlony pomnik, kilkunastometrowe palmy i przede wszystkim inne powietrze. W hotelu też czekają na nas kamery. Mały hol z trudem mieści kilkudziesięcioosobową ekipę i zawodników. Masa kabli plącze się pod nogami, to znak że to miejsce opanowała telewizja! Przepakowujemy się w nieduże plecaki, krótkie wywiady i w końcu do spania! Ci, którzy rzucili się jako pierwsi do windy utknęli między piętrami. Mamy kłopot, bo recepcjonista nie za bardzo wie jak sprowadzić windę na parter. W końcu wszyscy lądują w pokojach, nikt nie rozmawia, zmęczenie wzięło górę. Kładziemy się spać niczym grzeczne dzieci, w końcu jutro kolejny męczący dzień!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz pojawi się na stronie po zatwierdzeniu przez moderatora