Bohaterem dzisiejszego wpisu jest Mirosław Pasek, agent drugiej edycji. Tekst zatytułowany "Agent to ja" autorstwa Wojciecha Chmury ukazał się 29 marca 2002 roku w "Dzienniku Polskim". Link do wersji internetowej - kliknij tutaj.
Wciąż jest rozpoznawany w miejscu zamieszkania i w Krakowie, z którego pochodzi. W sezonie letnim chciałby jeszcze zakosztować sportów ekstremalnych, które go pasjonują, albo wyjechać na drugi koniec świata, gdyż zwiedzanie świata to również jego hobby.
Po szalonej przygodzie, jaką był udział w programie "AGENT" telewizji TVN, życie 29-letniego informatyka z Limanowej wróciło do normalności. Na widocznym miejscu w firmie eksponuje pamiątkowe gadżety, kartonik ze swoim imieniem i czarnym piórkiem agenta.
Od lat miał znajomych w środowisku telewizyjnym, jednak nie przyszło mu do głowy, że stamtąd wyjdzie zachęta, by się zdecydował na niewdzięczną rolę agenta. Po telefonie miał tylko dwa dni do namysłu.
Kiedy po castingu dowiedział się, że został zaakceptowany jako agent, producenci wyznaczyli mu dwa spotkania: jedno w Krakowie, drugie w Warszawie. Dowiedział się, że o tym, kto jest agentem, wie on sam i czwórka producentów. Nawet kamerzyści i dźwiękowcy nie byli wtajemniczeni, żeby nie sugerować czegokolwiek telewidzom liczbą ujęć i sposobem fotografowania. Przed znajomymi milczał o swojej roli. Zwierzył się jedynie mamie i Monice. Jego jedyna pracownica z firmy wiedziała tylko tyle, że szef wyjeżdża na realizację programu "AGENT" na trzy tygodnie i że wszystko pozostaje na jej głowie.
- O tym dokąd lecimy, dowiedzieliśmy się z biletów lotniczych - wspomina Mirek. - Podobnie jak nie wiedzieliśmy, co będziemy robić następnego dnia. Ja, jako agent, dowiadywałem się o stawianych zadaniach najwcześniej, poprzedniego dnia wieczorem. Żeby móc zastanowić się, w jaki sposób utrudniać ich wykonanie.
- Wiele osób od początku udawało agentów i to mi niewątpliwie pomagało - mówi Mirek. - Musiałem jednak znaleźć jakiś kostium teatralny dla siebie. Postanowiłem, że od początku dam się poznać jako osoba niezgrabna, ciapa, fajtłapa. Tu się potknąłem, tam coś zgubiłem, upuściłem z ręki. Pamiętam, jak skakaliśmy z mostu. To nie było bungee, tylko sztywna lina, na której każdy z nas po skoku bujał się jak wahadło. Nigdy tego nie próbowałem i miałem stracha. Podzielili nas na dwie grupy. Jedna z nich miała zgadywać, czy pozostali skoczą. Za trafne wytypowanie były oczywiście pieniądze. Miałem uniemożliwić ich zdobycie. Byłem umówiony z producentami, którzy znali wynik typowania pierwszej grupy. Jeśli jeden z nich przyjdzie na most w białej koszulce - muszę skakać, jeśli w czarnej, skakać nie mogę. Chodziło o to, by typujący przegrali.
- Miałem jedną bardzo trudną sytuację. Zostałem ukryty w ruinach, grupa miała mnie odszukać. W ten sposób wykorzystaliśmy grę w paintball. Strzelaliśmy do siebie kulkami z farby. Musiałem strzelić w plecy Dorocie, tłumacząc, że to jedyna metoda by dostać zielone piórko, przepustkę do dalszego uczestnictwa w programie. Nie lubię nikogo atakować od tyłu, a tym bardziej strzelać. Myślałem, że tego nie zrobię.
- Dowiedziałem się o tym od realizatorów, bo Bartek pytany, kogo podejrzewa, wskazał mnie i powiedział dlaczego. Zdałem sobie sprawę, że teraz nie popuści. Będzie bacznie śledził każdy mój krok, każdy ruch. Żeby nie wypaść z gry, trzeba było nie tylko wskazać prawidłowo agenta, ale podawać o nim jak najwięcej informacji. Jakie miał tego dnia skarpetki, koszulę, co jadł, co ze sobą nosił, jak się zachowywał w danej sytuacji. Czułem, że chwycił się mnie mocno. Ja rzeczywiście udawałem, że rozmawiam przez krótkofalówkę z helikopterem, który miał sprowadzić błąkającą się część grupy na właściwą drogę. Skutecznie to utrudniłem.
- Zasugerowałam się wypowiedzią Bartka - mówi Bernadetta. - Od tej pory coraz mocniej byłam przekonana, że to mój szef jest agentem.
Bartek zwycięzca, lekarz pediatra ze Szczecina, zorganizował już jedno spotkanie z grupą. Prowadzi bar w Dąbkach, nad morzem. Zaprasza wszystkich na lato. Cóż, wygrać mógł tylko jeden. Po wielu trudnych dniach, trzytygodniowej gonitwie za pieniądzem, stresy i wzajemne animozje już się wyciszyły. Pozostają grupą ściśle związaną przeżyciami. Żyją nimi cały czas.
Za to, że z założenia nie miał szans na wygraną, telewizja zapłaciła mu parę groszy. Nazywa to rekompensatą za nieobecność w pracy. Nie chce ujawnić ile, ale zastrzega, że niewiele.
Być może bliskie mu kobiety nie są przekonane, co do słuszności wyboru takich właśnie atrakcji. Jego dziewczyna Monika, która przyjechała do niego na krótką wizytę do Hiszpanii podczas siódmego odcinka gry, zrozumie go lepiej niż mama. Z drugiej jednak strony, czyż mama będzie w stanie zabronić czegoś jedynakowi?

Mój ulubiony agent. Idealnie odegrał swoją rolę.
OdpowiedzUsuńCzy będą realizowane jeszcze jakieś wywiady z dawnymi uczestnikami?
OdpowiedzUsuńPolecam zapoznać się z wpisem "Tak było pięć lat temu - styczeń 2014"
Usuń